Himalaje uzależniają!

Minęło już ponad 10 lat od mojego pierwszego treku w Himalajach. Porwałam się z motyką na księżyc – tak dziś myślę. Bo przecież żadna ze mnie twardzielka. Co prawda nie wstałam od urzędowego biurka i po zdjęciu szpilek nie wskoczyłam od razu do samolotu, nie! Przygotowania trwały z pół roku. Kondycyjne, sprzętowe, finansowe … Ale szczerze? Nie czytałam o himalaistach, wyprawach, stopniu trudności szlaków. Jakoś nie potrzebowałam. Był w tym żywioł, odwaga, jakieś szaleństwo. No i dałam radę, choć Ewka – moja współtowarzyszka chciała iść jeszcze wyżej. Po tej pierwszej wyprawie dość szybko, jakieś pół roku później kolejny trek, ale niższy. I potem dwu-trzyletnia przerwa na sprawy rodzinne, ślub, dziecko, kaszki, kupki, ząbkowanie i mnie w tym mało było. To znaczy było bardzo dużo, bo macierzyństwo to też w pewnym sensie Himalaje i ja bardzo głęboko z wielkim oddaniem weszłam w te klimaty, ale one kręciły się wokół tej małej istotki, a potem drugiej, których uśmiechy, małe łapki na szyi i pierwsze “Kocham Cię mamo” powodowały uczucie niewysłowionego szczęścia. Kolejny trek kiedy Adam miał chyba 2 lata – cudowna babska wyprawa rozwojowa. A potem w Nepalu zatrzęsła się ziemia i ja się zatrzęsłam. W nasze życie wdarł się chaos i strach o przyszłość, a jednocześnie widzieliśmy, że są w Nepalu ludzie, którzy potrzebują pomocy. Więc głównie koło tej pomocy kręciło się nasze życie przez rok, dwa. Ale mnie ciągnęło w góry, więc z radością poszłam w nie z wyprawą jogową. Joga i Himalaje to się cudnie ma do siebie. Te wschody i zachody słońca w pozycji psa z głową w dół 😉 Dziś Adaś to już wielki 8-letni chłop. Już te łapki na szyi i nos przyciśnięty do mnie zdarza się nieco rzadziej. Jasiek ze swoimi 4 latami jeszcze trzyma dziecięcy fason i on się jeszcze i przytula i głaszcze i mówi, że kocha nieustannie. Ale z niego też już coraz bardziej niezależny facet, który bardzo często mówi “Mamo, ja sam” albo “Ja samodzielnie”. A w domu mały Nepal. Na ścianach mandale, płaskorzeźby w Nepalu, Budda i oczywiście Himalaje. Nepal też na talerzu jeśli tylko Sujan gotuje. Więc mimo pewnej stabilizacji, wręcz rutyny itp. itd. zaczęło mnie znów ciągnąć w góry. Ostatni covidowy rok był trudny tak bardzo, że nie wiedzieliśmy co dalej. Dochód z wypraw zerowy, a koszty oczywiście były i są. Ale powoli widać światełko w tunelu. Ludzie zmęczeni siedzeniem, izolacją, lockdownami i strachem po prostu potrzebują podróży, nowych miejsc, gór, jezior, morza i słońca, oddechu i przestrzeni … i Himalaje się w to cudnie wpisują. Więc Sujan znów w Nepalu szczęśliwy, że może podzielić się swoją pasją z innymi. I przysyła mnóstwo zdjęć i filmików z obecnych wypraw i po prostu mnie coś takiego wzięło dziwnego, jakaś taka tęsknota, której dawno już nie czułam. Ja TAM muszę i chcę wrócić!

XXX

Dziś spojrzałam na zdjęcie z trwającego właśnie treku do Everest Base Camp. Ośnieżony Everest przytulony do Lhotse, jakby spały razem oparte do siebie. Cicho, śnieg, tajemnica, przygoda … I przypomniałam sobie ten wysiłek, który mnie kosztowało wejście do Gokyo, tę satysfakcję, że tamtędy szłam, że miałam najwyższe góry świata na wyciągnięcie ręki, że poczułam się jakimś małym, ale niezbędnym i w swej niedoskonałości skończonym elementem świata, przyrody. Że się ze sobą zmierzyłam. Czy mnie to zmieniło? Chyba w ogóle Nepal mnie zmienił. Życie tam, mój pogodny i wyrozumiały mąż, z którym uwielbiam gadać, planować, spierać się też, gotować, z którym lubię być. On tymi różnymi nepalskimi smaczkami, zdjęciami, prezentami, przyprawami podgrzewa taki mały płomyczek, który zapłonął pierwszy raz, jak wysiadłam z samolotu z Lukli i rozejrzałam się dokoła.

XXX

Mieszkamy dziś w niedużym mieście, z dala od stolicy. W pobliżu nie ma gór, tylko lasy i jeziora i jakieś niewielkie pagórki. W pracy nie rozmawiam z dziewczynami o Himalajach – bo wróciłam do swojego zawodu – choć czasami jedna czy druga pochwali mój kolorowy szal czy biżuterię przywiezioną z Nepalu. I zaczęło mnie tak potwornie ciągnąć znów, że wiem, że to się stanie!

XXX

Plan jest taki: Mustang! Tam mnie jeszcze nie było, a marzenie jest. Zbieram grupę babeczek, małżonek obiecał zająć się pociechami i w zasadzie sam zasugerował, żebym pojechała sama, odpoczęła, przypomniała sobie jak to jest iść przez kilka godzin dziennie w otoczeniu swoich myśli. Och, jak ja marzę o tym, żeby pobyć sama ze sobą, poprzyglądać się swojemu wnętrzu, uświadomić sobie i poczuć jaka dziś jestem, co mnie cieszy, co wkurza (żeby nie powiedzieć wkur…). Rany, a taka się zrobiłam niechodząca po górach, w ogóle mało chodząca. Praca, dom, dzieciaki, szkoła Adasia, moja podyplomówka, tato, moi pacjenci … no szczerze jak na spowiedzi przyznaję się, że chodzę ostatnio mało. Przybyło parę(naście) kilo tu i tam. Będzie wstyd jak się będę wlec ostatnia za grupą. A to przewiduję. Ale co tam, nie idę tam po wynik, nie będę się z nikim ścigać. To będzie wyprawa lajtowa, taka, żeby był czas na pogadanie z dziewczynami i pobycie ze sobą tylko, na wypicie kawy, a może i lampki wina, na ciszę, na przestrzeń, na zapomnienie o tym, wszystkim, co otacza nie na co dzień. Ruszamy za rok, przygodo ahoj! Start: sierpień 2022.

XXX

Konkluzja: Himalaje uzależniają i wciągają! Jestem tego przykładem. No więc jedziesz do Nepalu raz i potem wracasz. Może nie od razu, może po paru latach, ale jednak. Czy ktoś tak jeszcze ma??? Ależ wiele osób! Jakaś część mnie już zawsze będzie wracać pamięcią do tych widoków i doświadczeń ze szlaków. Tęsknię i tęsknić będę. Tak ogromnie się cieszę, że tam byłam, bo wiem gdzie można sobie przypomnieć, co w życiu naprawdę ważne. I trochę mnie te sprawy codzienne, covid, dziwne ludzkie zachowania, polityka i cała reszta mniej obchodzą, jak wiem, że mam dokąd uciec 🙂 Namaste!

Pozostałe wpisy