Annapurna Base Camp – opis wyprawy

Annapurna Base Camp to jeden z piękniejszych treków w Nepalu. Poniżej znajduje się relacja z wyjazdu jednej z naszych grup – publikujemy ją za zgodą autora p.Krzysztofa Traczyńskiego. Mamy nadzieję, że ten szczegółowy opis przybliży czytelnikom realia trekingowe. Namaste!

XXX

ANNAPURNA BASE CAMP Z ODKRYJ NEPAL

Do wyprawy w Himalaje przygotowywaliśmy się przeszło rok. Po pierwszym spotkaniu Magda przesłała projekt trasy. Ustaliliśmy, że w góry ruszymy wiosną 2019 roku. Zachęciły nas wizje kwitnących w tym czasie rododendronów i przyjazne temperatury panujące na początku kwietnia. Przygotowania nabrały tempa, gdy kupiliśmy na przełomie roku bilety lotnicze. Po konsultacjach z organizatorami Magdą i Sujanem ustaliliśmy ostateczny plan pobytu w Nepalu i trekkingu do Annapurna Base Camp. W ostatniej chwili plan uległ niewielkiej modyfikacji, bo schodząca lawina zniszczyła bazę pod Annapurną, gdzie mieliśmy zatrzymać się na noc. Dostaliśmy od organizatorów listę rzeczy potrzebnych na wyjazd i spis cennych informacji dotyczących życia w Nepalu i na trasie w góry. Przez ostatnie trzy miesiące przygotowywaliśmy się kondycyjnie. Godziny spędzone na siłowniach, na długich wędrówkach w lesie, jazdy rowerami czy ćwiczenia na salach gimnastycznych przydały się w czasie trekkingu w Himalajach. Zgodnie z zaleceniami przed wyjazdem szczepiliśmy się na żółtaczkę, tężec i cholerę. Ta ostatnia miała nas zabezpieczyć przed podróżną biegunką. Na wyprawę wyjechaliśmy w końcu marca 2019 roku siedmioosobową grupą przyjaciół. Z wyjątkiem Ewy mojej córki wszyscy pozostali uczestnicy przekroczyli już sześćdziesiątkę. Nigdy wcześniej nie wędrowaliśmy razem w górach, ale świetnie znaliśmy się z wielu lat przyjaźni i wspólnego żeglowania po morzach i oceanach Świata. Po drodze do Katmandu lądowaliśmy w Katarze (Doha). Podróż nie była zbyt uciążliwa. Na lotnisku w Katmandu wszyscy, którzy mieli już wypełnione w Internecie dokumenty wizowe, szybko przeszli przez punkty kontroli. Grupa bez przygotowanych wcześniej papierów spędziła godzinę na załatwianiu formalności wizowych. Warto pamiętać, aby wizę załatwić w Polsce korzystając z Internetu. Na ulicy przed budynkiem lotniska czekał na nas przedstawiciel organizatorów. Wsiedliśmy do busa i prze zatłoczone, zakorkowane ulice Katmandu przeciskaliśmy się w stronę hotelu. Padający deszcz wybawił nas z kurzu i poprawił stan powietrza. Katmandu to jedno z miast o najbardziej zanieczyszczonym powietrzu na kuli ziemskiej. Przed hotelem przywitał nas Sujan. Przydzielone zostały nam pokoje, a Sujan przedstawił nam plan na najbliższe dni i przekazał różne cenne informację. Razem ruszyliśmy do zaprzyjaźnionego sklepu, gdzie kupiliśmy brakujący sprzęt trekkingowy. W Katmandu można kupić po atrakcyjnych cenach dobrej jakości śpiwory, kurtki, bieliznę czy inne potrzebne w górach rzeczy. Naszym łupem padł śpiwór, rękawiczki i termosy na wodę. Sujan wskazał nam restaurację z dobrą kuchnią, z której korzystają miejscowi, zajął się wymianą pieniędzy, a w końcu przedstawił nam przewodnika, który opiekował się nami w czasie pobytu w Katmandu. Poszliśmy na kolację i rzeczywiście wskazana przez Sujana restauracja okazała się bardzo dobra. Hotel był przyzwoity choć uciążliwy z powodu prowadzonego w nim remontu na jednym z pięter. Dzień aklimatyzacji w Nepalu to dzień zwiedzania Katmandu. Przewodnik obwoził nas busem po najważniejszych turystycznych atrakcjach miasta. Drugiego dnia po przyjeździe polecieliśmy samolotem do Pokhary. Pomysł zmiany środka lokomocji ( pierwotnie mieliśmy jechać samochodami) był znakomity, o czym przekonaliśmy się w drodze powrotnej. Na lotnisko zostaliśmy dowiezieni, a na miejscu w Pokharze czekał na nas Dave nasz główny opiekun w czasie treku i całego pobytu w górach. Pokhara w przeciwieństwie do zatłoczonego i mokrego Kathmandu przywitała nas piękną pogodą, niebieskim niebem z widokiem na ośnieżoną Annapurnę South i Fish tail. Tu odczuliśmy pierwszy dreszcz emocji, które na nas czekały. W Pokharze zamieszkaliśmy w eleganckim hotelu z basenem i dużą ilością zieleni i kwiatów. Dave pokrótce przedstawił nam plan na następny dzień, pierwszy dzień drogi w góry. Zgodnie z planem przygodę zaczynaliśmy w wiosce Uleri. Ale jeszcze był czas na wycieczkę wzdłuż jeziora i poznanie klimatu tej części Pokhary. W wodzie odbijały się promienie zachodzącego słońca bajecznie oświetlając łodzie przycumowane do brzegu. Promenadą ciągnącą się wzdłuż brzegu leniwie przemieszczał się barwny tłum turystów, traperów i pielgrzymów, którzy przybyli tu modlić się w świątyni znajdującej się na wyspie. Po smacznym hotelowym śniadaniu zostawiliśmy w przechowalni bagażu walizki z rzeczami zbędnymi w czasie wędrówki i tymi przydatnymi na powrót do cywilizacji. Przed wyjazdem poznaliśmy naszych przewodników i tragarzy. Magda i Sujan jeszcze w Warszawie zdecydowali, że będzie się nami opiekować dwóch przewodników, na wypadek gdybyśmy musieli się rozdzielić w czasie marszu. W rzeczywistości przewodników było trzech. Oprócz Dave’a i Shivy towarzyszył nam jeszcze Santosh, który uczy się tego zawodu. Naszymi bagażami zajmowało się trzech sympatycznych tragarzy. Podróż dwoma jeepami do Uleri zajęła nam cztery godziny. Pierwszy odcinek to asfaltowa dość przyzwoita szosa, dalej przemieszczaliśmy się po wyboistej drodze gruntowej. Nierówności rekompensowały piękne widoki. Przekroczyliśmy granicę parku. Na granicy i wszędzie tam gdzie potrzebne były bilety czy pozwolenia, formalności załatwiał Dave. W Uleri zostały nam przydzielone pokoje. Ku naszej radości z łazienkami. Zagospodarowaliśmy się w domu i ruszyliśmy na spacer po wiosce, a później zasiedliśmy do kolacji. Jak już zawsze od tego posiłku Dave zbierał od wszystkich zamówienia. Jak już wszyscy wybrali menu Dave znikał i po chwili razem z Shivą i Santoshem przynosili posiłek. Wieczorem po kolacji składaliśmy zamówienie na śniadanie. Rano dostawaliśmy gorącą herbatę masala, owsiankę albo sadzone jaja z miejscowym chlebem. Wybredni mogli zamówić inne dania. Jedzenie było bardzo smaczne. Noc minęła spokojnie, a w pokojach było całkiem ciepło. Śniadanie jedliśmy przed budynkiem przy stole ustawionym na podwórzu porośniętym trawą z piękny widokiem na dolinę. Po śniadaniu rozdzieliliśmy bagaże. Kurtki i spodnie przeciwdeszczowe, ciepłe bluzy, napoje i batony energetyczne ładujemy do podręcznego bagażu, a resztę pakujemy do wodoodpornych worków i toreb, które będą transportowane przez tragarzy. To pierwszy dzień naszej wędrówki. Na nieszczęście niektórych z nas trapiła jakaś infekcją, która Małgorzatę zaatakowała jeszcze w dzień wylotu z Polski. Cały dzień w Katmandu spędziła w łóżku. Ja ledwo zebrałem się w Uleri a Ewa straciła siły w drodze. Nie wiem, czy dałaby radę, gdyby Santosh nie zabrał jej plecaka. Bez obciążenia pomału dotarła do Gorepani naszego następnego miejsca postoju. Przewodnicy byli czujni przez cały czas trekkingu i pomagali nam, gdy tylko kogoś dopadły chwile słabości. Dzień pierwszej wędrówki nie był trudny. Przewyższenia nie były znaczne. Poznawaliśmy piękno przyrody. Co i raz mijaliśmy kwitnące rododendrony, a wędrówce towarzyszył śpiew ptaków. Nie licząc osłabionych infekcją wszyscy dotarli na miejsce w dobrej formie. W Gorepani mieszkaliśmy w pokoju z przepięknym widokiem na góry. Ściany były przeszkolone ze wszystkich stron. Niestety widok mogliśmy sobie tylko wyobrazić, bo świat spowiły chmury i mgły. Gorepani to całkiem spora miejscowość z boiskiem do koszykówki na jednym z centralnych placów. Trochę nas zdziwiło, że na boisku zamiast koszykarzy zobaczyliśmy dwa konie. Poszliśmy wcześnie spać, bo rano czekała nas wycieczka do Poon Hill na powitanie wschodu słońca. Rano Dave dał nam znać, że niebo jest całkiem zachmurzone i wspinaczka na Poon Hill nie ma sensu. Z radością zawinąłem się w śpiwór i spałem jeszcze dwie godziny. Do Bathani miejsca naszego kolejnego postoju dotarliśmy kompletnie zmoczeni. Uratował nas piec stojący na środku jadalni. Gospodarze rozpalili ogień, Ewa rozwiesiła sznurki i mogliśmy suszyć nasze przemoczone ubrania. Mieliśmy sporo szczęścia, bo zaczął padać grad. Jeszcze następnego dnia podwórze było przykryte warstwą białych, lodowych kawałków. Córeczka gospodarzy w klapkach na gołych stopach radośnie bawiła się brodząc w lodzie. Wędrowaliśmy tego dnia pięć godzin. W drodze zatrzymaliśmy się na posiłek. Trasa nie była trudna. Wzmocniło nas smaczne jedzenie. Ranek był słoneczny. Oglądaliśmy małpy bawiące się na skale dominującej nad naszym domem. W Bathani było bardzo prymitywnie, ale czuliśmy się tam całkiem dobrze. Trzeciego dnia wędrówki towarzyszyły nam piękne rododendronowe lasy. Widoki były fantastyczne. Po południu dotarliśmy do Chomrong. Chomrong to największa miejscowość na naszej trasie położona w głębokiej dolinie. Pełno w niej hotelików, sklepów i barów. Miejsce naszego postoju znajdowało się na szczycie doliny. Kolację jedliśmy w przeszklonej jadalni. Gospodarze podawali smaczna pizzę. Wieczorem znowu padało i było chłodno, ale rano wyszło słonce oświetlając całą dolinę i piętrzące się nad nią szczyty. Śniadanie jedliśmy przy stolikach ustawionych przed hotelem. Gdzieś w oddali, po drugiej stronie doliny droga ginęła w czeluści prowadzącej do sanktuarium Annapurny. Oczami wyobraźni widzieliśmy się na w tamtym miejscu, ale czekał nas jeszcze długi marsz. Wyruszyliśmy po śniadaniu. Ścieżka prowadziła w dół kamiennymi schodami klucząc pomiędzy zabudowaniami wioski. Dotarliśmy do mostu przewieszonego przez rzekę. Skończyły się schody prowadzące w dół. Po przejściu mostu przyszedł czas na wspinaczkę. Droga była wymagająca ale towarzyszyły nam piękne widoki. Gdy dotarliśmy do Sinua, gdzie przewidziany był lunch i krótki odpoczynek, rozpętała się burza. Lało i wiało tak intensywnie, że zrezygnowaliśmy z dalszej drogi. Całe popołudnie spędziliśmy w jadalni. W Sinua było świetne jedzenie, co poprawiało nam humor. Ulewa i wichura pokrzyżowały nam pierwotne plany. Za to mieliśmy więcej czasu na lekturę. Pod koniec dnia zazwyczaj słuchaliśmy czytanej na głos historii pierwszego wejścia na Annapurnę I. Relacja z wyprawy Mauricio Herzoga i jego towarzyszy oddawała nam świetnie klimat najwyższych gór świata. Cała noc szalał wiatr, a rano obudziły nas śpiewające ptaki, spokój i słońce. Ochoczo ruszyliśmy w drogę. Od Sinua wędruje się wąską doliną, ścieżką biegnącą trawersem wzdłuż jednego ze zboczy. Szybko osiągnęliśmy wioskę Dovan. Uradowała nas schludna łazienka z prysznicem z ciepłą wodą. Ewa zastanawiała się co zrobić z butem, w którym oderwała się podeszwa. Niezawodny Dave wynalazł gdzieś puszkę z klejem i naprawił but. Usiedliśmy na dziedzińcu racząc się piwem. Bawiły nas małpy skaczące po drzewach. Nasi towarzysze grali w karty. Przez cały dzień mieliśmy ładną pogodę. W poprzednich dniach po południu pogoda zmieniała się, niebo zaciągało się chmurami i zaczynało padać. Koło południa często wędrowaliśmy w podkoszulkach, czasem w bluzach, a później trzeba było się ubierać. Bluzy, kurtki, spodnie wodoodporne. Od Sinua do bazy pod Annapurną wędruje się doliną i tą samą drogą wraca się do cywilizacji. Po drodze można zatrzymać się w kilku wioskach. Idąc w górę spaliśmy w Deurali i Machapuchare, wracając zatrzymaliśmy się tylko w Dovan pamiętając o przyjemnej łazience. W Dovan korzystaliśmy nie tylko z eleganckiej łazienki. Pokoje były też całkiem porządne. Wyspani i wymyci ruszyliśmy dalej. Wyraźnie ochłodziło się. Pod koniec wędrówki przekraczaliśmy całkiem spore lawinisko. Chwilę później zawitaliśmy w Deurali. Od Sinua ruch wyraźnie zwiększył się. W górę prowadziła już tylko jedna ścieżka. W drodze mijaliśmy wracających z ABC. Mieli uśmiechnięte i zadowolone twarze. Z chęcią dzielili się swoimi wrażeniami. Z Dovan do Machapuchare ruszyliśmy świtem. Dave chciał żebyśmy wyszli z doliny i dotarli na miejsce, gdy słońce jest jeszcze nisko i na trasie nie zagrażają lawiny. Trzy osoby i chory Shiva (zapewne zaraził się od nas) zostały w Deurali i zeszły do Dovan. My po godzinie marszu doszliśmy do końca wąskiej doliny. Przed nami otworzyła się wielka przestrzeń otoczona ośnieżonymi górami. W oddali królowała Annapurna I. Trochę miejsce przypominało Dolinę Pięciu Stawów. Podzieliłem się tą myślą z Ewą. Ależ tato w Dolinie Pięciu Stawów najwyższe szczyty wznoszą się do blisko 2300 metrów (Kozi Wierch 2219 m) czyli 600 metrów powyżej doliny, a w sanktuarium Annapurny ze szczytem na wysokości 8091 górują prawie 4000 metrów wyżej niż baza pod szczytem. Dopiero słowa Ewy uzmysłowiły mi wielkość otaczających nas gór. W bazie pod Machapuchare zjedliśmy śniadanie i zostawiliśmy bagaże. Na lekko ruszyliśmy do celu naszej podróży. Cała dolina pokryta śniegiem błyszczała rozświetlona promieniami słońca. Choć nie mieliśmy plecaków, wcale nie szło się lekko. Wszystko przez wysokość. Wyraźnie czuliśmy jej wpływ. Baza pod Annapurną wcale nie była daleko, a droga jakby się wydłużała. Wreszcie dotarliśmy do tablicy informującej, że osiągnęliśmy Annapurna Base Camp – A.B.C. 4130 Mtrs. Pod tablicą zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Nieznacznie wyżej smutne wrażenie robiły budynki bazy zniszczone przez lawinę. Pocieszający był fakt, że w przysypanej śniegiem restauracji można było zamówić gorącą herbatę. Annapurna nie dała się nam przyjrzeć z bliska, gdy już osiągnęliśmy bazę, górę spowiła chmura. Tylko Tomek, który dotarł tu pierwszy, mógł zobaczyć podnóże góry skrywające się za wzgórzem. Choć droga do naszego hotelu była w dół, wcale nie szło się zbyt łatwo. Gdy zaszło słońce zrobiło się chłodno. Temperatura spadła poniżej zera. W restauracji było ciepło, bo przy stole siedział tłum ludzi. Po kolacji poszliśmy spać. W pokoju nie było wiele cieplej niż na zewnątrz. Zakopałem się w śpiwór i zapadłem w sen. Zasypiając czułem radość z osiągniętego celu. Wszyscy byliśmy szczęśliwi. Rano słońce oświetliło szczyty. Widok był fascynujący. Żegnaliśmy Annapurnę i dolinę pokrytą śniegiem. Dave powiedział, że zazwyczaj o tej porze roku do bazy pod Annapurną wędruje się trawiastymi łąkami. Szybko schodziliśmy szlakiem i wczesnym popołudniem dotarliśmy do Dovan, gdzie czekała na nas reszta naszej grupy. Na szczęście Shiva czuł się już znacznie lepiej. Całą ekipą rozpoczęliśmy dalszą drogę. Wracając zatrzymaliśmy się na lunch w Sinua. Gdy dotarliśmy do restauracji, jeszcze świeciło słońce, ale po chwili rozpadało się na dobre. Spotkanym podróżnikom za niewielką opłatą przekazaliśmy nasze raki. Nam już nie były potrzebne, a w drodze do Annapurny były bardzo przydatne. Jedzenie i tym razem było super. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej. Deszcz towarzyszył nam już do końca dnia. Od Sinua trasa prowadzi kamiennymi schodami w dół doliny. Po osiągnięciu i przekroczeniu mostu zaczyna się wspinaczka kamiennymi schodami w górę wioski Chomrong. Po drodze oglądaliśmy domostwa rozrzucone bezładnie na zboczu. Dave był jak zwykle czujny i podczas najcięższego podejścia pomagał w noszeniu bagażu. Gdy dotarliśmy na miejsce był czas żeby wysuszyć przemoczone ciuchy i wziąć ciepły prysznic. Z radością usiedliśmy do kolacji w jadalni. Wędrówka następnego dnia była lekkim spacerkiem w porównaniu do wspinaczki schodami prowadzącymi do Chomrong. Schodziliśmy długim trawersem i zatrzymaliśmy się w Jhinu. Dave zarezerwował pokoje w hotelu usytuowanym na skraju urwiska. Widok z okna był zdumiewający. Zostawiliśmy rzeczy i z puszkami piwa w plecakach /według instrukcji Shivy/ ruszyliśmy do płynącej na dnie doliny rzeki. Obok wartko płynącego strumienia woda z ciepłego źródła wypływa ze zbocza i wypełnia betonowe, niewielkie baseny. Przebraliśmy się w kostiumy korzystając z przygotowanych szatni i z radością wskoczyliśmy do basenu. Leżeliśmy w ciepłej wodzie popijając zimne piwo. Dookoła śpiewały ptaki, szumiała rzeka. Otaczała nas przyroda. Zasłużyliśmy na chwilę totalnego relaksu. Mieliśmy jeden dzień w zapasie i zastanawialiśmy się jak to można wykorzystać. Nie mieliśmy ochoty wracać do cywilizacji. Niezastąpiony Dave zaproponował zmianę planu. Trasa została zmieniona i ten jeden dzień wykorzystaliśmy na wędrowanie. Wszyscy byli rozradowani. Od Jhinu przekraczając rzekę wiszącym mostem, o długości 300 metrów dostaliśmy się na drugą stronę doliny. Instrukcja przed wejściem na most informowała, że nie można wchodzić na kładkę, gdy z przeciwnej strony przeprawia się karawana mułów. Zwierzęta te codziennie spotykaliśmy na naszej drodze. Muły transportowały towary do położonych w górach wiosek. Na ich grzbietach wisiały kosze wypełnione butlami z gazem, workami z cementem, żywnością, napojami i wszystkim tym co potrzebne mieszkańcom i turystom. Towary wnosili także tragarze. Kilka razy w ciągu dnia wyprzedzali nas szybkim krokiem nic nie robiąc sobie z ciężkiego tobołu zawieszonego na czole. Tragarze wnoszą ładunki w koszach zarzuconych na plecy. Do kosza przymocowany jest pas, który opiera się na czole tragarza. Zatrzymaliśmy się na lunch. Nad wyraz skromna restauracja zapraszała na posiłek. Ewy but rozkleił się na nowo i przewodnicy zabrali się za jego reparację. Jeszcze raz udało się go połatać. Wdrapaliśmy się do uroczej wioski Landruk. Przy dobrej pogodzie z tego miejsca można oglądać Dhaulagiri. Nie mieliśmy szczęścia. Na kolejnym odcinku trasy czuliśmy się trochę jak w Beskidzie Niskim. Kamienista droga, niewielkie przewyższenia, podobny krajobraz. Na noc zatrzymaliśmy się w Tolce. W wypasionym hotelu było pełno i części z nas przypadły dość traperskie warunki. Szczególne wrażenie robił prysznic, który przypominał betonową piwnicę na węgiel. Oczywiście zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. O dziwo, z zawieszonego przy suficie prysznica leciała letnia woda. Toaleta też robiła wrażenie. Po kąpieli (a jednak) była kolacja w jadalni, do której wchodziło się na bosaka albo w skarpetkach. Buty czekały przed wejściem. Po kolacji były tańce. Nasz hotelik oceniliśmy na dwie i pół gwiazdki. Całkiem lekki był trekking następnego dnia. W lesie spotkaliśmy drwalki. Ręczną dwuosobową piłą przecinały ogromny pień powalonego drzewa. Już odcięty plaster ich towarzysz rozrąbywał na szczapy. Zatrzymaliśmy się na lunch w sympatycznej restauracji i obserwowaliśmy jak kucharze przygotowują dania. Trzech mężczyzn uwijało się wokół kuchni z paleniskiem na drewno. Ktoś zamówił pierożki momo, ktoś dalbat, inni jedli zupy. Po południu zdobyliśmy Australian Camp. Miejsce nie było ciekawe, ale blisko było do wysuniętego cypla z pięknym widokiem na Himalaje. Oglądaliśmy panoramę aż do zmierzchu i umówiliśmy się na dalszy ciąg o wschodzie słońca. Niestety rankiem cały świat był zasnuty mgłami i pozostało przyglądać się poduszce. Rano leniwie spakowaliśmy się do drogi. Nikomu nie było spieszno do miasta. Jeszcze dwie godziny marszu i dotarliśmy do szosy w miejscowości Lumle. Jak podczas całego wyjazdu wszystko było zaplanowane i przygotowane. Na parkingu czekał na nas bus. Ze smutkiem spojrzeliśmy na trasę do ABC i wsiedliśmy do auta. Po godzinie z kwadransem jazdy dotarliśmy do Pokhary. W znanym nam już hotelu czekały na nas wygodne łóżka z czystą pościelą i nasze bagaże. Wymyci i przebrani w czyste ciuchy ruszyliśmy na miasto. Na ulicach miejscowi mieszali się z tymi zadumanymi i spokojnymi powracającymi ze szlaków i z pozostałymi w napięciu wyczekującymi czekających ich wrażeń. Wieczór w Pokharze to wieczór pożegnań z Himalajami. Czy jeszcze tu wrócimy? Rankiem pożegnaliśmy się z tragarzami i przewodnikami. Żal było rozstawać się z przewodnikami. Nikt z nas nie przypuszczał, że dwustu kilometrową trasę będziemy pokonywać w osiem godzin. Szczególnie uciążliwy był ostatni odcinek przed stolicą. Dwie godziny jechaliśmy w korku. W Katmandu czekała na nas Sujan. Nasza przygoda dobiegła końca. Magda i Sujan fantastycznie przygotowali naszą eskapadę. Wszystko działało bez zarzutu. Przez cały czas czuliśmy się bezpiecznie i komfortowo. Bardzo dziękujemy całej ekipie Odkryj Nepal.

Pozostałe wpisy