Odkrywam Nepal i samą siebie gdzieś po drodze

Październik 2010

Wyjechałam na trekking do Nepalu z koleżanką, a wróciłam z mężem  – w skrócie. Ten trek to było moje marzenie od wielu lat – odkąd na studiach poznałam studentów z Nepalu i zobaczyłam zdjęcia Himalajów – i wreszcie je realizuję! Radość, duma z tego, że pokonuję wysokości, o których mi się nie śniło. A przecież żadna ze mnie twardzielka. Piękno krajobrazów zachwyca, życzliwość miejscowych zadziwia. Dużo jestem sama ze sobą i z myślami o swoim życiu – Himalaje sprzyjają zadumie nad różnymi rzeczami. Kolory, zapachy, smaki – wszystko otwiera mnie na to, co ma przyjść. I przychodzi…najpierw choroba wysokościowa czyli ból całego człowieka na wysokości ponad 5000m. npm. Bardzo źle i jest mi wszystko jedno co będzie, bo czuję się fatalnie. Przewodnik uważnie przygląda się moim reakcjom i widzi, że tego dnia sobie życzliwie i radośnie nie pogadamy, jak to było dotąd podczas treku. Dziś mój organizm powiedział, sorry nie idę dalej. Widzę w oczach Sujana – przewodnika niepokój i natychmiast zarządza zejście na dół – a miało być tak pięknie i mieliśmy wejść na Gokyo Ri. Nie wejdziemy. Towarzyszka podróży bardzo zawiedziona. A mnie każdy krok sprawia ból, Sujan jest obok. Podczas postojów stara się wlać we mnie herbatę, wodę i czymś mnie nakarmić – właściwie bezskutecznie, bo mój organizm nie przyjmuje niczego. Widzę i czuję troskę Sujana, ale szczerze mówiąc niewiele do mnie dociera. Schodzimy w dół o jakieś 500 m wysokości. Zajmuje nam to wiele godzin. Sujan nie odpuszcza i tym razem wciska we mnie miseczkę zupy czosnkowej i kubek herbaty. Idę spać i następnego dnia budzę się bez objawów choroby. I tak się zaczęło. Zakochaliśmy się w sobie, choć trudno w to uwierzyć – właśnie od momentu tej choroby poczuliśmy się bliżej siebie. Dużo rozmawialiśmy schodząc do Lukli. A potem już w Kathmandu i Pokharze każdy dzień razem mimo tego, że trek się skończył.

 

Wiosna/lato 2011

W kwietniu 2011 r. kolejny trek i cały miesiąc w Nepalu. Poznałam rodzinę Sujana: rodziców, siostry, kuzynów. Jestem coraz bardziej pewna, że to miłość i że chcę z nim spędzić moje życie, a z Nepalem jakoś związać przyszłość. Nepal i Himalaje mnie zachwycają – czuję się tam najbardziej w zgodzie z samą sobą, jakbym wróciła do korzeni, do matczynego łona – inaczej określić tego nie umiem. W czerwcu Sujan przyjeżdża do Polski. 2 lipca bierzemy ślub. Moja suknia z nepalskimi elementami – wspaniała. Czy to możliwe pojechać z dalekiej Polski do Nepalu i odnaleźć tam siebie, miłość i sens życia? Tak! Ten pierwszy jesienny wyjazd, moje spotkanie z absolutem i potęgą gór, ale też z pogodą ducha i wielką życzliwością Nepalczyków zaowocowały w moim życiu zmianą wszystkiego. Po powrocie zmieniłam pracę – ciepłą państwową posadkę i prestiżowe stanowisko. Stało się nieważne, nieprawdziwe i nieciekawe. Zmęczenie matriału i wiedziałam, że potrzebuję czegoś innego. W lecie powstała strona www.odkryjnepal.pl (www.exploringnepal.net). Od kwietnia 2012 r. oficjalnie działa w Nepalu nasza firma: Exploring Nepal Treks & Adventures Pvt. Ltd. Pojawili się pierwsi klienci. Zaczęliśmy działać. Już wiemy na 100% -po kilku doświadczeniach z pracą Sujana w Polsce – że będziemy organizować treki i zajmiemy się tylko własną działalnością. Sujan to przewodnik himalajski z wieloletnim doświadczeniem, a przede wszystkim pasją. Po co więc rozdrabniać się na coś innego?

 

Styczeń 2013
Mieszkamy w Warszawie – para trochę niezwykła: ja, Polka i Sujan, Nepalczyk, mój mąż. Czasami zostaję sama, bo Sujan w sezonie trekkingowym jeździ do Nepalu. Jako Exploring Nepal Treks & Adventures Pvt. Ltd. organizujemy wyprawy w Himalaje i nie tylko – różne i dla różnych odbiorców. Mamy w ofercie sztandarowe treki nepalskie, ale także zwiedzanie najważniejszych historycznie i kulturowo miejsc Nepalu. Opcja najbardziej niezwykła i dotykająca sedna to nepalska agroturystyka: czyli możliwość spędzenia kilku dni na wsi, wśród ludzi zupełnie nie nastawionych na turystów, możliwość przyjrzenia się prawdziwemu życiu, zwyczajom, delektowania się kuchnią. To, co nas odróżnia od innych agencji trekkingowych to fakt, że dopasowujemy ofertę do naszych klientów. Jestem dumna, czuję, że się rozwijamy, że ludzie wracają z naszych wypraw zadowoleni. Z niektórymi się zaprzyjaźniamy. Bardzo dobrze się czuję w tych kontaktach z ludźmi, klientami. Po prostu ich lubię. Jesteśmy szczęśliwi i realizujemy nasze marzenia, choć czasami jest mi ciężko. Wtedy, kiedy jestem sama, bo Sujan jest w Nepalu z wyprawami. W drodze nasz syn: Adam. Dołączy do nas w lutym. Pewnie też będzie chodził po górach. Marzy mi się, że kiedyś pójdziemy wszyscy na GokyoRi!.

Dla mojego męża Sujana Polska jest pełna niespodzianek – różnych niestety, miłych i niezbyt miłych. Czasami ludzie patrzą na nas dziwnie, ale w większości przypadków otaczają nas życzliwi i serdeczni ludzie: sąsiedzi, znajomi, przyjaciele. Teraz cieszymy się na przyjście Adama na świat i na tym się skupiamy.

 

Grudzień 2013

Od dwóch miesięcy jesteśmy w Nepalu. Całą rodziną – czyli z nami też nasz synek Adaś. 12-go grudnia skończył 10 miesięcy, a 16 -go pierwszy raz powiedział „mama”. Sujan skupia się na pracy i na organizowanych wyprawach, a ja zajmuję się dzieckiem i domem – choć pomagam też w kontaktach z klientami. Sujan mówi nieco po polsku, ale z pisaniem miałby problem. Rodzina męża choć pewnie na początku patrzyła na mnie podejrzliwie, teraz jest życzliwa, otwarta – dużo razem żartujemy, poznajemy siebie nawzajem i szanujemy swoje obyczaje, które są przecież tak różne. Ja uczę się obchodzić święta nepalskie (Dashain, Tihar), a oni cieszą się na Boże Narodzenie, które będzie bardzo tradycyjne: będzie barszcz, śledzie, ryby, kapusta, opłatek, kolędy i prezenty. I choinka też będzie. Czy to znaczy, że żyjemy sielankowo? Nie. Nepal jest tak różny od Polski, Kathmandu od Warszawy, że na początku było mi bardzo trudno. Wiele rzeczy dziwiło. Najtrudniej było mi przyzwyczaić się do dużego zanieczyszczenia, kurzu i pyłu, stert śmieci na ulicach, brudnych jak ścieki rzek w mieście i tłumów ludzi …mrowia ludzi. Życie tutaj i przyjazd na trek to dwie różne historie, różne doznania. Ale nasz dom jest prowadzony w dużym stopni po europejsku. Sujan postarał się o wszystko, czego do życia może potrzebować Polka. Czy zawsze będziemy tutaj? Nie. Nasza rodzina tak egzotyczna jest „skazana” prawdopodobnie na podróżowanie między Polską i Nepalem. Myślimy o dalszych krokach w promowaniu Nepalu w Polsce: może sklep z cudownym rękodziełem nepalskim, może bar z przepysznymi momo i innymi przysmakami zdrowej kuchni nepalskiej? Myślimy też o tym, żeby coś zrobić dla Nepalu i jego mieszkańców np.: dla dzieci, dla kobiet: może będziemy wspierać jakąś szkołę, może założymy fundację? Ja zobowiązałam męża, żeby w naszej firmie pracowały jako przewodniczki także kobiety– chcę, żeby kobiety nepalskie stały się samodzielne, pewne siebie i niezależne od mężów i ich dochodów. Sujan to popiera. Planów mamy dużo. Zobaczymy co i kiedy zrealizujemy, ale czuję, że im więcej marzeń mamy, tym więcej nam się udaje. Chcemy się dzielić tym, co mamy, tym, co wiemy, tym, co możemy dać innym. I czuję, że tą naszą energią ludzi zarażamy. Przede wszystkim my ludzi lubimy…i lubimy siebie.
Będzie dobrze. Śnią mi się Himalaje.

 

Kwiecień 2014

Jesteśmy w Polsce z Adasiem od ok. miesiąca. Przyjechaliśmy, bo Sujan poszedł na długi trek/wspinaczkę i nie chciałam być w Kathmandu sama z dzieckiem. No i się dzieje: ząbkowanie (czwórki!), pierwsza gorączka, rotawirus. Więc i tak jestem sama z Adasiem, ale mamy tu przyjaciół i dobrego pediatrę. Daję radę. Tęsknimy za Sujanem i byciem razem. I chyba trochę za nepalską kuchnią: aromatami i smakami, których tutaj jakoś nie mogę odtworzyć. Przed wyjazdem z Adasiem do Nepalu – a przecież miał wtedy pół roku – bałam się, jak on zniesie zmianę flory bakteryjnej, produktów, sposobu gotowania, smaków, przypraw. No i ze zdziwieniem zobaczyłam, że nic mu nie jest, że wcina wszystko chętnie, nie ma żadnych problemów żołądkowych czy alergii. Więc opowieści o tym, jak to trzeba w Nepalu uważać na jedzenie są nieco przesadzone. Normalna higiena wystarczy plus picie tylko wody butelkowanej lub przegotowanej.

Parę dni temu widziałam się ze znajomymi, którzy też byli w Nepalu zimą. Z tęsknoty poszliśmy do azjatyckiej knajpki na nepalskie jedzenie. Ale nie tylko o jedzeniu rozmawialiśmy. Znajomi powiedzieli mi, że chyba najbardziej tęsknią za normalnymi życzliwymi relacjami z ludźmi, że tego im w Polsce brakuje. Że tutaj żeby się z kimś spotkać trzeba wykonać kilka telefonów, umówić się, potwierdzić, nie spóźnić się, nie przyjść za wcześnie i takie tam. W Nepalu nie obowiązuje taka etykieta. Nie obowiązują godziny właściwe na spotkania i wizyty – ludzie odwiedzają się spontanicznie, bez zapowiedzi, ot tak. Na początku mnie to nieco męczyło, zaskakiwało i jakoś drażniło. A potem sobie przypomniałam, że kiedyś w Polsce było podobnie i że to było całkiem fajne. Nepalczycy wciąż są serdeczni taką dziewiczą serdecznością, ciekawi taką niemal dziecięcą ciekawością, pogodni i naturalni. Pamiętam, że na początku bycia tam całą rodziną dziwnie się czułam wychodząc z Adasiem na zakupy czy spacer – z wózkiem dziecięcym. Wszyscy się na nas patrzyli. Dla mnie to było trudne, dla nich po prostu ciekawy i niecodzienny widok. Szybko się zorientowałam, że wózek dziecięcy nie przyjmie się w Nepalu z dwóch powodów: brak chodników i ścieżek do spacerowania (wąskie i kręte uliczki, duży ruch samochodów i motocykli) plus zwyczaj noszenia dziecka w chuście lub po prostu na rękach. Dziecko jest tam blisko mamy. I tyle. Ciekawa jestem jak Adaś będzie postrzegał i czy zrozumie, że w Polsce i w Nepalu zachowujemy się inaczej, że tu idziemy w wózku na spacer do parku lub na plac zabaw, a tam po prostu na rękach albo za rękę, że tu jest większa anonimowość, jakaś taka izolacja rodzin i ludzi od siebie, a tam wszyscy są blisko – fizycznie i emocjonalnie. Co mnie czasami nieco męczy, może więc dobrze, że jeździmy z Sujanem między naszymi ojczyznami i łapiemy oddech od różnych trudności. Tak, jak ja teraz. No i mam już ciepłą wodę zawsze i prąd i ogrzewanie w naszym warszawskim domu (czego w Nepalu nie ma w standardzie), ale Suziego i spontanicznych odwiedzin jego sióstr, rodziców czy kuzynów brak…

 

Styczeń 2015

Siedzę z laptopem na kolanach w domu moich rodziców w Polsce. Obok bawi się Adaś. Przyjechaliśmy do Polski zrobić mu operację. To już za parę dni. Jezu, jaka jestem zmęczona! Zdarzyło mi się coś takiego, że jakaś moja część jest bardzo szczęśliwa, realizuje moje marzenia, ale druga część jest bardzo wyczerpana i obolała. Trochę jakbym była podwójna, albo raczej podzielona na połowy. Nepal mnie doświadcza, macierzyństwo poza sporą dozą radości daje też w kość. Życie codzienne w Kathmandu jest trudniejsze niż myślałam. Albo ja jestem bardziej wymagająca niż myślał Sujan. Dużo już razem przeżyliśmy. I ja już wiem, że wyjazd na trek i życie w Nepalu to dwie różne rzeczy. I czuję, że nie zostanę tam na zawsze, ale zawsze będę wracać. Nawet teraz siedząc w ciepłym domu o znacznie wyższym standardzie niż nasz „katmandzki” dom czuję, że tęsknię. Jakoś. Kiedyś Nepal jawił mi się na różowo…to znaczy bardzo kolorowo, optymistycznie, radośnie…bo tacy tam są ludzie. Dziś widzę też inne barwy… szarości i trudności, takie niby drobiazgi, które bardzo dokuczają. Mój Nepal. Chcę go opisać tak, jak potrafię. I chcę z niego czerpać. I oczywiście chcę tam zapraszać ludzi, żeby poczuli tę inność i docenili to, co mają. Dobrze, że niedługo idę na trek!

 

Kwiecień 2015

O kurka! Parę dni temu wróciłam z treku – babskiej wyprawy na Poon Hill, na której prowadziłam coaching z 4 babeczkami. Rany, co to był za czas! Miałam kilka lat przerwy w treku, bo ciąża, Adaśko mały…aż wreszcie poszłam. Ale co tam poszłam! Poszłam i pracowałam z dziewczynami :) Coaching w drodze. To było moje marzenie od dawna, bo jako psycholog, trener, coach pracowałam już w różnych gabinetowo-pokojowych okolicznościach z różnymi grupami i osobami. Ale to z założenia była inna wyprawa: po pierwsze dla dziewczyn świadomych, czego chcą, gotowych na nieznane, na ryzyko, otwartych i wiedzących, że po różnych życiowych doświadczeniach potrzebują zmiany. I sądzę, że się nam razem dokonało coś głębokiego, że wszystkie powróciłyśmy do domów silniejsze. Silniejsze mocą grupy. Bo tam między nami było dużo dzielenia się. I wysiłek fizyczny…co tu dużo gadać: Himalaje wyciskają soki na maksa i pot leci po tyłku. Ale nagroda jest piękna. Widoki na najwyższe góry świata, cisza (chyba, że mija nas grupa „turystów inaczej”), świat cywilizowany, komputery, telewizory, straszne newsy z dziedziny polityki itp. gdzieś daleko. I ten kontakt z samą sobą. Nie ma miejsca na żadne ucieczki, udawania: jak coś boli, to naprawdę doskwiera, jak radość, to czysta jak woda w strumieniach, jak śmierdzi, to do bólu. Jednym słowem polecam tym, którzy są gotowi na prawdziwe doświadczanie siebie, przyrody, innych. Dla mnie samej to była ważna wyprawa. Wróciłam odmieniona :) Takie mam swoje osobiste postanowienie, że od teraz co najmniej jeden trek w sezonie! Dla złapania oddechu, dla poczucia majestatu gór, dla odpoczynku od zgiełku miasta…po prostu dla higieny psychicznej hehehe. No, to w lecie Mustang!

Pozostałe wpisy