Miłość i nawiedzony dom

img_0124

Szukanie i znalezienie fajnego mieszkania w Kathmandu to sztuka. Początkowo mieszkaliśmy na parterze w wynajętym od znajomego Sujana lokum. Dość duże dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Ten parter to moja sprawka: Adaś był mały kiedy przyjechaliśmy do Nepalu razem, jeszcze nie chodził. Wzięliśmy więc wózek spacerowy i ja prosiłam Sujana, żeby ze względu na ten wózek, żebym nie nosiła po piętrach, wynajął parter. Wózka użyłam parę razy heheheheh. A mieszkanie było ciemne, zimne i wilgotne. Dom wciśnięty między inne, sąsiedzi zaglądający do okien. Po mosnunie grzyb zajął pół ściany dużego pokoju. I wtedy zdecydowaliśmy się znaleźć coś innego. W okolicy był jeden dom, który zwracał moją uwagę od początku. To był dom na górce, pojedynczy, widoczny z każdego punktu naszej dzielnicy. Ludzie miałam wrażenie patrzyli na niego z zazdrością, ale też z jakimś strachem. Jakby tam była jakaś tajemnica. Córka siostry Sujana opowiedziała mi o nim taką skróconą historię, że on jest nawiedzony. Że tam straszy. Wiem, że w tej opowieści była jakaś niewyjaśniona śmierć itp. Chodziłam koło niego na spacery z Adaśkiem – nic mnie nie zaatakowało, żadna wiedźma czy duch. No ale to było za dnia. No więc podjęliśmy decyzję o szukaniu mieszkania i zaangażowała się w to cała rodzina. Pamiętam, jak szwagier Sujana zabrał mnie na wizję lokalną, bo znalazł kilka mieszkań do wynajęcia. Chodziliśmy, oglądaliśmy – niestety, niezbyt fajne te mieszkania były. I on taki zrezygnowany – kiedy wychodziliśmy z kolejnego domu – zapytał mnie: „Magda, czy jest tu jakiś dom, który ci się podoba? Gdzie ty byś chciała mieszkać?”. I ja mu jakoś tak bez namysłu wskazałam nawiedzony dom na górce. „O tam” – powiedziałam. Na drugi dzień rano szliśmy już oglądać mieszkanie do wynajęcia w nawiedzonym domu, a po południu przeprowadziliśmy się do niego.

XXX

Mamy słoneczne mieszkanko na pierwszym piętrze, z ogródkiem. Adaś ma gdzie się bawić i jeździć rowerkiem. Sąsiadów brak – najbliższy dom kilkadziesiąt metrów stąd. Ten dom jest taki jakby wielopoziomowy i ogródek jest właśnie na poziomie pierwszego piętra. Na dachu domu jest piękny taras widokowy – tam robimy pranie. Schnie w mgnieniu oka! Domu strzegą dwa wilczury – szczekające na początku, teraz są naszymi wielkimi fanami, bo dajemy im pozostałości z obiadu w postaci smakowitych dla nich kąsków. Uwielbiają Adaśka. Zawsze przychodzi ze spotkania z nimi oblizany wszerz i wzdłuż. Właścicielami domu są Tara i Dipendra. Fajni, sympatyczni i pogodni ludzie. Więc przez te kilka pierwszych tygodni po wprowadzeniu się ja w ogóle zapomniałam, że dom ma opinię nawiedzonego. Nas bliscy odwiedzający nas też raczej się zachwycali naszym nowym lokum. Na parterze domu mieszkała wtedy służąca właścicieli z synem. Trochę leniwa była jak na służącą i miała takie swoje zwyczaje, które mnie jakoś dziwiły (np. przychodziła do Sujana po papierosy). Ale w sumie była ok. Płaciliśmy jej za robienie nam prania, żeby mogła sobie na te papierosy dorobić. I kiedyś przy okazji tego prania ona mi opowiedziała historię Tary i Dipendry. Pierwsze małżeństwo Tary było zaaranżowane przez jej rodziców. Młodzi doczekali się córki. Nie sądzę, żeby do małżeństwa zostali zmuszeni. Na pewno widzieli się przed ślubem i na pewno oboje zaakceptowali wybór rodziców. Może jeszcze wtedy nie przeżyli nigdy prawdziwej miłości i wierzyli, że przyjdzie i do nich. Nie przyszła. Natomiast Tara poznała Dipednrę i to była miłość. Podobno od pierwszego wejrzenia. A przecież miłość bardzo trudna. I nie tylko dlatego, że Tara była mężatką, ale również dlatego, że oboje są z innych kast. Tara jest Chetri, a Dipendra Newari. Albo odwrotnie. Ja pierniczę, próbuję sobie to wyobrazić. Kobieta, mężatka, matka, Nepalka… zakochuje się w innym mężczyźnie, z innej kasty. Ale żyje przykładnie ze swoim mężem, bo rozwodów to raczej nie ma. Budują razem dom. Ten dom. Mąż Tary był podobno trochę raptus i lubił szybko jeździć motocyklem. I kiedyś miał wypadek i w tym wypadku zginał. I wtedy zaczęły się pierwsze plotki i złośliwości. Że Tara pewnie chciała się go pozbyć i ona ten wypadek jakoś zaaranżowała. Żeby być z Dipenrdą. Na złość wszystkim oni się rzeczywiście pobrali. Widziałam zdjęcia z ich ślubu i potem. Piękna młoda szczęśliwa para. Tyle w nich było miłości! Aż mi się łza kręciła. Tara i Dipendra mają jeszcze jedną córkę. Te dwie siostry pochodzące z innych ojców bardzo się kochają. Pierwszą córkę Tary Dipendra bardzo kocha i traktuje jak swoją. Ona miała może z rok, dwa, kiedy jej prawdziwy ojciec zginął w wypadku. Tara i Dipendra skończyli budować obecny dom. I znowu pojawiły się plotki, że jej były mąż ten dom nawiedza. Jego duch znaczy się. I że ich prześladuje i będzie stawał na drodze do ich szczęścia. Wmiędzyczasie Dipendra zachorował. Poważnie. Nowotwór krwi. Podobno nieźle się trzyma – takim ja go widzę człowiekiem: pogodnym, silnym, rezolutnym. Ale wiem, że raz na rok znika na kilka, kilkanaście dni w szpitalu. Dostaje tam jakieś leki, chyba przetaczają mu krew. Jeździł nawet do Indii na leczenie parę razy. No i ta jego choroba to też niby zemsta byłego męża Tary.

XXX

Słuchałam jak świnia grzmotu tej historii. Gęba otwarta. Służąca Tary nie mówi po angielsku, a ja po nepalsku tylko trochę, więc poprosiłam ją o powtórzenie tej historii Sujanowi. Wszystko się zgadza, dobrze zrozumiałam. I tak się zamyśliłam. Ludzie zamiast pomóc Tarze, wesprzeć ją – młodą wdowę, potem znów pannę młodą, żonę innego mężczyzny…. to jej dopierdzielają. Dopisują do wszystkiego historię. Piętnują. A ja myślę, że to z zazdrości, bo ten jej dom jest naprawdę najfajniejszy w okolicy. A nawet jeśli tu był duch, to oni wszyscy wierzą, że ja go przegoniłam, bo jestem chrześcijanką heheheheh.

XXX

A było to tak: tak gdzieś z miesiąc po tym jak się tu wprowadziliśmy zauważyliśmy, że nasz telewizor się włącza czasami w nocy. Sam. I sobie gra w najlepsze. Mogło to być spowodowane różnymi spadkami napięcia, bo tutaj ten prąd raz jest, a raz go nie ma. Ale jak to się zdarzyło raz drugi, czy trzeci, to ja zaczęłam patrzeć na zegarek i zapisywać daty. I okazało się, że to się dzieje koło północy tak co miesiąc. Nie bardzo się przy tym bałam ja czy Sujan, to nie było jakieś straszne. Bardziej zastanawiające. No więc jak się wydarzyło po raz kolejny, to ja się zaczęłam modlić. Normalnie tak, jak za zmarłych modlą się katolicy. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista niech mu świeci na wieki. Niech odpoczywa w pokoju. Amen. O i tak w kółko. A telewizor sobie w nocy grał. I tak w myślach mówiłam do tego zmarłego męża Tary, żeby sobie odpuścił, żeby sobie poszedł i odpoczął, że oni są szczęśliwi, że Dipendra się wspaniale zajmuje jego córką. Że to jest fajna kochająca się rodzina. A on niech już pójdzie i zazna spokoju w miejscu, gdzie hinduiści po śmierci mają swoje miejsce. Gdzie to jest, to nie wiem. O i tak modląc się i gadając do gościa na zmianę zasnęłam. Sujan chyba wyłączył telewizor. Nie wiem czy to mojej modlitwie zawdzięczamy spokój, ale rzeczywiście od tamtego czasu telewizor nam się nie włącza w nocy. Może elektrownia zaopiekowała się spadkami napięcia. Może coś się ponaprawiało w instalacji. W każdym razie Sujan się śmieje, że wygoniłam ducha heheheheh. Wierzy w to jeszcze parę innych osób. Ja nie za bardzo.

XXX

Żyjemy więc w już-nie-nawiedzonym domu, który powstał z miłości. Patrzę na Tarę i Dipendrę i widzę więcej smutku w nich teraz niż półtora roku temu, kiedy się tu wprowadzaliśmy. Kiedyś lubili przychodzić do nas do ogrodu na pogaduchy i jakiś poczęstunek. Teraz nie przychodzą. Dipendra jakby zeszczuplał. Ja nawet myślałam, żeby może go zabrać do Polski na leczenie. Nie wiem tylko jak to zaproponować czy zorganizować. Kiedy wpadam do Tary czasami rano po coś, on często jest jeszcze w łóżku. Tara mniej się śmieje. Często przychodzą do nas ich córki, zwłaszcza młodsza. Adaś ją uwielbia. Lubię wtedy ją czymś poczęstować np. czekoladą z Polski. Albo robię popcorn i oboje wcinają z jednej miski. I ona się tak fajnie śmieje, a że teraz wypadły jej jedynki, to wygląda bardzo zabawnie. Fajna dziewczynka. Wielka przyjaciółka Adasia. Pierwsza taka przyjaciółka w życiu mojego trzylatka.

XXX

Życzę im bardzo dobrze. Często myślę o nich. Szkoda, że Tara nie mówi po angielsku – czuję, żebyśmy się zaprzyjaźniły. Ale kiedy potrzebowałam jej pomocy, to pojechała ze mną do fryzjera dla Adaśka na koniec miasta. Pamiętam też, że jak wróciłam po trzęsieniu ziemi z Pokhary, to poleciałam do niej na górę i mocno się przytuliłyśmy. Obie miałyśmy łzy w oczach.

XXX

Miłość w Nepalu to inna bajka niż w krajach zachodnich. Czasami przychodzi po zaaranżowanym małżeństwie. I to się zdarza naprawdę bardzo często. Ale czasami nie. I co wtedy? Co robić, kiedy już ktoś jest w małżeństwie i nawet lubi tego swojego wybranka i nawet ma z nim dziecko, a prawdziwa miłość pojawia się wtedy. Do kogoś innego tyle że. Hm…

Pozostałe wpisy