Ludzie, których nigdy bym nie poznała gdyby nie Nepal

img_1425

Kiedy myślę o kilku latach wstecz i o tym, jak zmieniło się życie odkąd związałam je z Nepalem, to przede wszystkim widzę ludzi. Mam tu na myśli tych, którzy z mojego życia zniknęli, ale także takich, którzy się pojawili. Kilka relacji z czasów komfortu, stabilnej pracy za biurkiem w Polsce i życia bez dziecka jakoś tak naturalnie się wyciszyło. Sądzę, że to proces naturalny, związany też z rozwojem nas, jako rodziny czy naszych zainteresowań zawodowych. To, że jesteśmy tacy trochę rozkraczeni między Polską i Nepalem wymaga też innej dynamiki spotkań i kontaktów – wiadomo, że kiedy jesteśmy w Nepalu, to nie widujemy się z przyjaciółmi z Polski i odwrotnie. Ale mam ogromną satysfakcję, że są wokół mnie ludzie z energią, która mnie pcha do przodu i daje siły. Bez względu na to, jak długo ich znam. Oczywiście wielką wdzięczność czuję do przyjaciół, którzy są ze mną, z nami długo – mam takie przyjaźnie wieloletnie. Może nie spotykamy się często, ale jeśli już, to zawsze jest o czym rozmawiać. To mój wielki skarb. Ale są też wokół nas nowi ludzie, których właśnie połączył ze mną właśnie Nepal: albo treking czy wspinaczka, albo Mała Polska w Nepalu i pomaganie Nepalczykom albo coś zupełnie innego nepalskiego…

XXX

Tak na świeżo to mam wciąż w pamięci wolontariuszy Małej Polski w Nepalu – szczególnie z tegorocznej zimowej edycji. Przyjechali fajni, serdeczni i bez oczekiwań ludzie. Ludzie, którzy naprawdę chcieli pomóc, dawali z siebie wszystko i nie stwarzali dodatkowych problemów. Z wielką radością patrzyłam, jak przywiązują się do Dumre, jak się zaprzyjaźniają z Nepalczykami. Wiem też, że dla wielu z nich wyjazd do Nepalu był ważny z powodów osobistych bo np.: zwolnili się z pracy, albo potrzebowali jakiejś przerwy w swoim przepełnionym pędem i rywalizacją życiu, albo szukali jakiejś drogi dla siebie. I rzeczywiście ten pobyt tutaj był jakąś także duchową przemianą. Jestem z większością z nich w kontakcie. Niektórzy wciąż wspierają Małą Polskę w Nepalu – na przykład największa ambasadorka tego projektu Martyna. Nie umiem wyrazić słowami wdzięczności – mam nadzieję, że czuli się w Dumre, jak w domu, a z naszej strony stałą opiekę. Wiem, że na naszych zimowych wolontariuszy możemy liczyć – przyjechali obcy ludzie, a wyjechali przyjaciele. Jacek, Robert, Mateusz, Grzegorz, Tomek, Lidia, Agata – mam nadzieję, że jeszcze tu wrócą. O Martnie ,to że wróci, wiem na pewno :)

XXX

Mała Polska w Nepalu przyciągnęła też do siebie, do nas ludzi, którzy w jakiś sposób czują się w obowiązku, ale też i w mocy pomóc Nepalczykom po trzęsieniu ziemi. We wrześniu ubiegłego roku dostałam maila od Kasi z Dubaju. Napisała, że będzie w Nepalu na krótkim treku i że chce się spotkać. Przeczytała o nas w czerwcowej Urodzie. Z Kasią spotkaliśmy się na Thamelu. I ona nam powiedziała, że chce jakoś pomóc w odbudowie Dumre i że to wszystko trochę ze wstydu. Na nasze zdziwienie opowiedziała nam historię swojego przyjazdu: pierwotnie jej trek miał się odbyć w maju 2015 roku. Z powodu trzęsienia ziemi wyjazd odwołano i ona się wtedy wkurzyła, że jej przepadają wakacje. A potem przeczytała o nas w Urodzie, o tym, że chcemy zbudować w Nepalu Małą Polskę i powiedziała mi, że jej się zrobiło wstyd. Że zobaczyła dwie skrajne reakcje na trzęsienie ziemi: swoją taką trochę roszczeniową i naszą. Kasia mnie bardzo wzruszyła, bo zadała sobie takie pytanie: co robi z człowiekiem cywilizacja i luksus, skoro w sytuacji takiego kataklizmu, jakim było trzęsienie ziemi ona pomyślała o swoich utraconych wakacjach, a nie o ludziach, których trzęsienie doświadczyło. Ale ja widzę w tym logikę i daleka jestem od oceniania. Bliższa ciału koszula. Mnie i Sujanowi Nepalczycy są bliscy, tu mieszkamy, przeżyliśmy z nimi trzęsienie ziemi. To logiczne, że trzeba było zakasać rękawy i pomagać. I wydaje mi się też zupełnie naturalne, że daleko stąd, zza wygodnego biurka, w super nowoczesnym biurze czy samochodzie jest po prostu trudniej wczuć się w los tutejszych ludzi, poczuć ich emocje, lęk, przerażenie. Ale Kasia poczuła. Przyjechała tu we wrześniu, a w grudniu zorganizowała w Dubaju wśród tamtejszej Polonii zbiórkę na Małą Polskę w Nepalu. Przy okazji dużo rozmawiałyśmy i poczułam jakąś więź z tą dziewczyną. I widzę, że każdy ma jakąś historię, jakieś przeżycia i każdy na swój sposób się uczy, wzbogaca…albo nie. Ale najważniejsze, żeby dokonywać wyborów świadomie i liczyć się z ich konsekwencjami. Pomaganie innym wymaga już jakiejś dojrzałości międzyludzkiej, przejścia na drugą stronę własnego egoizmu czy egocentryzmu, ale to nie znaczy, że ludzie, którzy nie  pomagają innym są źli. Może są po prostu na innym etapie życia, bardziej skupieni na sobie, na swoim rozwoju. Myślę, że w tym nie ma nic złego. Cieszę się jednak, że we mnie różne sytuacje życiowe obudziły empatię, która czasami powoduje, że ryczę na środku ulicy… Choć wygląda i brzmi to głupio. Ostatnio się tak poryczałam Łucji do telefonu – mojej polskiej przyjaciółce, która po ponad 30 latach życia w Nepalu wróciła do Polski. Z nią mogę rozmawiać o moich nepalskich troskach, bo ona rozumie mnie jak nikt. No więc poryczałam się, bo jest w Dumre mały chłopczyk – może pięcioletni – u którego zdiagnozowali raka krwi i on jest w tej chwili w szpitalu i nie wiadomo czy go wyleczą. Rodzicie nie mają pieniędzy. My nie mamy pieniędzy. Jako fundacja skupiliśmy się teraz na zbudowaniu szkoły dla Dumriaków. Ale jako matka czuję się bezradna i wściekła, bo umiem sobie wyobrazić, co czują rodzice tego chłopca. Szczególnie teraz, kiedy Adaś ma za sobą sepsę i pobyt w nepalskim szpitalu. Czuję niesprawiedliwość i nie mam na nią wpływu. I Łucja mi powiedziała, że jak będę chciała pomóc wszystkim, to się zamęczę. Że trzeba umieć odpuszczać czasami. Można zrobić tyle, ile można zrobić. Czasami chciałabym umieć zrobić więcej. To się chyba nazywa brak pokory.

XXX

Cieszę się, że są ze mną moi starzy znajomi z dawnej pracy. Choć ja wtedy byłam właśnie na takim egocentrycznym etapie życia, że się z nimi raczej nie zaprzyjaźniałam. Siedziałam w swoim kokonie samorozwoju heheheh. No i się tak rozwinęłam, że ja pierniczę… głównie w rozwojowe kilogramy poszło ;) Ale daję sobie prawo do tego czasu w moim życiu – widocznie po coś był. Bardzo się jednak cieszę, że z paroma osobami z tego mojego biurkowego życia właśnie teraz się zaprzyjaźniłam, że jest między nami ciepło i życzliwie. Właśnie tej życzliwości i bezinteresowności wiele doświadczam i to jest dla mnie bardzo poruszające, bo nie rozumiem czym zasłużyłam. Może czasami nie trzeba zasłużyć…. PARPiAnie…. to o Was :). Kasiu, Doroto, Jolu, druga Kasiu i panie Dyrektorze. Dobrze, że jesteście!

XXX

Ostatni mój niezwykle ciekawy i taki nieco metafizyczny kontakt to poznanie Laxmi Wojciechowski. Laxmi jest żoną Andy Wojciechowskiego, mieszka z dziećmi w Kathmandu. My usłyszeliśmy pierwszy raz o Andym i o tym, że to jest jeden z nielicznych Polaków żyjących w Nepalu już po trzęsieniu ziemi. Od szefa polskich strażaków, bo Andy podobno na zmianę z Sujanem odwiedzał strażaków w ich koszarach i im pomagał. I jak już wróciliśmy do Polski po trzęsieniu ziemi, to skontaktowaliśmy się z Andym e-mailowo i telefonicznie. Wtedy akurat było drugie trzęsienie i my chcieliśmy wiedzieć czy u niego wszystko ok i czy nie potrzebuje pomocy. Potem po powrocie do Nepalu po wakacjach rozmawialiśmy z Andym przez telefon. I pamiętam, że pod koniec października umówiliśmy się, że się wreszcie spotkamy – jak tylko blokada granicy ze strony Indii nieco zelży i paliwo będzie tańsze. I się nie spotkaliśmy. Jakieś 2-3 tygodnie temu zadzwonił telefon i na wyświetlaczu pojawiło się imię Andyego. Odbieram, a w słuchawce damski głos. Dziewczyna przedstawiła się jako jego żona Laxmi. Powiedziała, że Andy nie żyje. Zmarł 27 grudnia na atak serca. Nie umiem określić uczucia, które mną ogarnęło. Jakiś ogromy żal. Bo to był ciepły i energiczny facet, bardzo otwarty. Bardzo żałujemy, że to spotkanie z nim odkładaliśmy – zajęci może swoimi sprawami…. ale nie trzeba było. Spotkałam się z Laxmi, poznałam jej dzieci. To dzielna kobieta. Wdowa w Nepalu. Łatwo nie ma. Ale ona jest dumna, nie prosi o pomoc. Prosi o pracę. Prowadzi po Andym zakład rzemieślniczy, nauczyła się obsługi maszyn do grawerki. I prosi o zamówienia. I my jej takie zamówienia damy – sami, ale i reklamujemy wśród znajomych. Robi piękne bibeloty, szkatułki, tablice grawerowane….Adaś oczywiście zakochany w Cecylii Wojciechowski – córce Laxmi. Piękna i mądra dziewczynka. Laxmi znam bardzo krótko, ale czuję jakby długo. Jej historia, historia jej miłości i małżeństwa z Andym, ich wspaniała rodzina, wielkie serce, które teraz okazują im obcy ludzie – to wszystko mnie przekonuje, że w życiu nie ma przypadków. Wszystkich spotykamy po coś. Trzymam kciuki za Laxmi.

XXX

Ludzie są dla mnie, dla nas ważni. Nepal mnie otworzył na ludzi, których nigdy bym nie poznała, może nawet dawniej nie zauważyła, nie pochyliła się nad nimi. Daleko mi jednak do anielicy – szczerze, to jestem mistrzynią szybkiego wścieku i wymądrzania się. Dzięki Bogu szybko mi mija. Ale tak, wkurzam się szybko i wtedy wiem najlepiej hehehehe. Źle znoszę arogancję, ignorancję, kłamstwo i męski szowinizm…. I naruszanie granic, takich ludzi-czołgi no źle znoszę. Natomiast wielką wartością są dla mnie moi przyjaciele, znajomi, współpracownicy, rodzina…. I wiem, że ta różnorodność ludzi wokół też dzięki Nepalowi i moim związkom z tym krajem. Więc trzeba odpuszczać też te krótkie “wkurwy” i robić swoje. A za ludzi dziękować trzeba, bo przynoszą ze sobą różne lekcje i nauki. Czasami trudne, czasami wzruszające… No życie. Więc ja dziękuję!

 

Pozostałe wpisy