Kolorowy zawrót głowy

img_0190

Z czym ja kojarzyłam Nepal nim tu pierwszy raz przyjechałam? Z górami. I z pogodnymi ludźmi, bo takich Nepalczyków poznałam podczas moich studiów. Ale na pewno nie z kolorami. A kolory tutaj po prostu powalają! Pamiętam moje pierwsze chwile w Kathmandu 5 lat temu. Jechałam z lotniska oszołomiona. Pewnie trochę długim lotem, ale też tym, co widziałam na ulicach. Wielobarwny tłum. Wspaniałe intensywne kolory ubrań. Kobiety jak piękne motyle – to nie tylko zasługa kolorów, ale też i niesamowicie kobiecych sari. Królem ulic, obrzędów i całej kultury Nepalu jest kolor czerwony ze swoją soczystością i całą symboliką życia, energii, miłości, krwi. Królową natomiast barwa złota – która subtelnie towarzyszy większości strojów w postaci zdobień, ażurowych elementów roślinnych, misternych szlaczków, listków, symboli, kropeczek… Złoto to również ważny dla religii hindu i buddyzmu kruszec – wiele elementów świątyń czy statuetek i posągów bogów wykonanych jest ze złota. Mężatki najczęściej wybierają kolor czerwony na sari albo takie bardziej codzienne i mniej eleganckie doti. Nepalki chodzą też w takich ciekawych jakby kompletach: szerokich spodniach i długich tunikach, czyli kurta surval. I tu kolory są dowolne, dużo różu, turkusu, zieleni, złota, żółci, pomarańczu, fioletu i miksów tych kolorów w odważnych konstelacjach. Koniecznym dodatkiem każdego stroju jest szal – zazwyczaj zwiewny i łagodnie oplatający ciało. W zimie zazwyczaj grubszy, wełniany – wtedy jest bardziej kocem niż subtelną i zmysłowa ozdobą. Mój pierwszy zakup ubraniowy w Nepalu to uszyta na miarę kurta surval – turkusowa z elementami fioletu i złota. Czuję się w niej wspaniale! Noszę jedynie tunikę – te szerokie spodnie jakoś mnie nie przekonały. Ale tunika… ojej! Dziś w mojej szafie jest takich kolorowych tunik więcej. Na pewno bardziej się odważyłam i wybieram bardziej intensywne, ciekawe i oryginalne zestawienia, ale jeszcze mi daleko do Nepalek, które są tutaj zupełnie swobodne. Być może w naszych europejskich standardach to by się w ogóle nie zmieściło, może czasem ktoś by powiedział „bezguście”, ale tutaj pasuje wszystko! Pamiętam, jak byłam w grudniu w Dubaju na zaproszenie mieszkającej tam Polonii (a właściwie Polki Kasi) i w ramach wyjazdu spotkałam się z babeczkami na jednodniowym coachingu. Miałam na sobie luźną bluzkę w paski biało-czarną, czarne spodnie w takie białe drobne wzorki, turkusowy szal z paszminy i czerwono-zielono-złote typowe nepalskie bransoletki (takie trochę jakby odpustowe heheheh). I jedna z nich mi powiedziała, że ona bardzo uważa jak ubiera siebie i swoją córeczkę no i że tak by się nigdy nie ubrała. Nie odebrałam tego jako krytyki i też nie czułam, że to była krytyka. Myślę, że to była mieszkanka zdziwienia i czegoś w rodzaju afirmacji, że można tak jakoś nie pod kancik również kolorystyczny i wzorkowy się ubrać i wciąż czuć się nieźle hehehehe – uśmiałam się. Bo mi było dobrze w moich paskach, wzorkach, w mieszance kolorów i stylów :). Ale kolory w Nepalu to nie tylko ubrania, tkaniny, ozdoby, symbole religijne i kulturowe – to też, a może przede wszystkim przyroda. I tu milknę zawsze w podziwie, kiedy idę trekingowymi drogami w regionie Annapurny. Ale tylko wiosną – marzec, kwiecień. Bo wtedy kwitną tam rododendrony. To jest widok nie do opisania! Drzewa obsypane gronami wspaniałych kwiatów: od białych, poprzez różowe do krwisto czerwonych. Zawsze kiedy to widzę, pstrykam tysiące zdjęć, ale zdjęcia nie oddają rzeczywistości. Ja zresztą jestem cienkim fotografem. Marzy mi się znów w tym roku wiosenny trek, najchętniej Ghorepani Poon Hill – i po drodze delektowanie się kwitnącymi rododendronami….

XXX

Kolory w Nepalu to też wspaniałe wystawy sklepików i straganów owocowo-warzywnych. Ja pierniczę! To są dzieła sztuki czasami… misternie poukładane kopczyki owoców wyrastają przed oczami jakby piramidy. I to w Nepalu naprawdę lubię: wielość owoców i warzyw i to niezależnie od pory roku. Teraz – połowa stycznia – zajadamy się świeżymi bananami, granatami, pomarańczami, winogronami, jabłkami i gruszkami. Na straganach warzywnych jest oczywiście szpinak (lokalny), bakłażany, młoda kapusta, młode ziemniaki, brokuły, kalafiory, korzeń imbiru, ziele kolendry, małe soczyste i pełne smaku i zapachu jak w Toskanii pomidorki…. I jest jeszcze na nich całe mnóstwo warzyw, których nazw ja nie znam. Ale które potrafię już wybrać i ugotować. Na przykład słodkie ziemniaki o takim podłużnym kształcie, albo takie dziwne warzywo wyglądające jak pień drzewa i po ugotowaniu smakujące podobnie do kartofli. Mniam. Kolory w Nepalu to też wiele barw na talerzu. Tak, muszę przyznać, że kuchnia nepalska mi całkiem pasuje. Nauczyłam się nawet jeść pikantnie hehehehe, choć pierwsze spotkanie z tutejszą papryczką chili skończyło się wypiciem duszkiem litrowej butelki wody mineralnej :). Dla tej feerii barw na ulicach, na talerzach, dla tych intensywnych doznań po prostu warto było tu przyjechać. I tak sobie myślę, że może właśnie ulica nepalska jest jakby refleksją tego, co w tutejszej przyrodzie. Kolory strojów, wystaw sklepowych, reklam odzwierciedlają bogactwo barw występujących tu naturalnie. I może dlatego tutejsza elegancja, styl i wybierane przez ludzi połączenia kolorystyczne itp. są jakieś takie mniej jakby zasadnicze, sztywne, uregulowane… Ja się osobiście w tym powoli odnajduję, choć jeszcze mi dość daleko mistrzyń Nepalek w tym względzie.

XXX

Parę dni temu byłam na Thamelu. Mamy tam biuro firmy, ale ja w sezonie rzadko tam bywam – w zasadzie to unikam. Bo Thamel jest wtedy tłoczny, bardzo głośny, zakurzony. Thamel – dzielnica turystyczna, kłębowisko wąskich uliczek, po których jeżdżą riksze, motocykle i samochody. Jeżdżą bardzo powoli ciągle popiskując klaksonami. Ale najbardziej charakterystyczne dla Thamelu jest to, że właściwie całe ulice są gęsto obsiane sklepami, restauracjami, barami, salonami spa i masażu, bankomatami… Nie ma tam gdzie palca wcisnąć między jeden i drugi sklep, ich ciąg wydaje się nigdy nie kończyć. A w nich znaleźć można zadziwiająco dobrej jakości produkty, pamiątki, ubrania, książki, płyty, herbaty, kawy, przyprawy, biżuterię, torby, kilimy i inne nepalskie rękodzieło. Są też małe przytulne kawiarenki, cukierenki i piekarenki z pysznymi ciachami i wypiekami, z dobrą aromatyczną kawą. Ze sklepów z płytami sączą się mantry, przed wieloma palą się kadzidła. Thamel wygląda trochę jak nie z tego świata, trochę bajkowo i nierzeczywiście. Na dłużej tych parę uliczek mnie męczy ze swoim gwarem, tłumem i ściskiem. Ale teraz zimą ja go bardzo lubię. Prawie nie ma turystów, jest przez to jakby wolniej, spokojniej. Ciszej. Od czasu do czasu lubię więc wybrać się tam, pobuszować po sklepach, pójść na dobrą kawę z ekspresu, zjeść dobre ciastko. Historia Thamelu sięga lat 60-tych XX wieku, kiedy zaczęli do Nepalu przyjeżdżać w poszukiwaniu dobrej marihuany cudzoziemcy, głównie artyści. Tak, tak… Nepal z tego słynął i przyciągał nie tylko himalaistów, ale także (a może w tamtych czasach głównie) amatorów eko i podobno najlepszej jakości haszu. Wielu hipisów przyjechało tu w tamtym czasie, kilku zostało do dziś – prowadzą lokalne knajpki czy hotele. Dziś Thamel to głównie dzielnica turystyczna, przedsionek treków i wypraw. Zatrzymują się tu najczęściej uczestnicy wyjazdów w góry. Często zresztą kompletują tutaj ekwipunek na wyprawę, bo ceny i jakość ciuchów puchowych, butów trekingowych i wszelkiego rodzaju innych rzeczy przydatnych w trasie są tu bardzo dobre. Najstarszym hotelem na Thamelu jest Kathmandu Guest House – niestety poważnie ucierpiał w trzęsieniu ziemi i dziś wygląda nieco inaczej niż w czasach świetności. Jest mniejszy, zawalił się taki duży łącznik między recepcją i budynkiem hotelowym i teraz zrobiono tam fajny ogród. Może nawet tak jest lepiej? Kiedyś rozmawiałam z koleżanką, która mieszkała w Kathmandu przez 30 lat (Polka!) i mówiła mi, że kiedyś Thamel to było kilka budynków, niekoniecznie koło siebie, a pomiędzy nimi pola ryżowe. Tego sobie w tej chwili nie mogę wyobrazić, bo tam jest tak gęsto i tak wąsko…. I jest moja ulubiona mała uliczka nieco ukryta między innymi: Mandala Street. Cudowna, kręta, sklepikowo-kafejkowa naturalnie i…  zamknięta dla ruchu pojazdów. Jakże tam jest cicho, jakże błogo. Koniecznie zaliczam na niej Java Caffee – czasami nawet z Adaśkiem. Mam też na Thamelu swój ulubiony sklep z książkami. Wciśnięty między Access hotel a supermarket, nieco z tyłu. Lubię rozmawiać z właścicielem. On chyba przeczytał każdą znajdująca się w sklepie książkę. O każdej, o którą go zapytałam coś mi powiedział. Ponieważ bywam na Thamelu rzadko, to kiedy wpadam do tego sklepu, kupuję zazwyczaj kilka książek na raz. Oczywiście dostaję upust. Ja już moją łamaną „Nepalszczyzną” potrafię wytłumaczyć, że mieszkam w Nepalu i że dla mnie powinna być „Nepali price”. Mam też na Thamelu ulubiony i sprawdzony salon masażu leczniczego. I to jest dla mnie wielka przyjemność, ale i zagadka kiedy tam pójdę i oddam się w ręce maleńkiej, chudziutkiej i drobniutkiej pani masażystki. Bo takiego masażu jak ta moja filigranowa mistrzyni mi robi, to ja jeszcze w Polsce nie miałam! Więc jak mnie coś połamie, tu zaboli, tam pstryknie… albo kiedy po prostu chcę się zrelaksować, to idę tu na masaż. A to jest cała naprawdę przyjemna procedura. Do masażu używany jest naturalny ajurwedyjski ciepły olej. Z głośników nie wiem gdzie sączy się cichuteńko jakaś relaksacyjna muzyczka. W pokoju w miedzianych dużych misach są kwiaty. Polecam. Po treku, przed trekiem, bez treku. Zamiast treku nawet!

XXX

Zawsze mnie jakoś fascynuje to, że w tych wszechobecnych na Thamelu sklepikach można kupić rzeczy bardzo dobrej jakości, piękne i wartościowe. Może mam złe wyobrażenie, ale sklepy dla turystów kojarzą mi się z tandetą, plastikiem, muszelkami i kolorowymi szkiełkami. Może dlatego, że takie stragany i sklepy pamiętam z wakacji nad morzem czy w górach w Polsce. Ale tu można znaleźć naprawdę piękne wyroby, fajne i ciekawe ubrania, oryginalne skórzane i zamszowe ręcznie wyszywane torby, ręcznie malowane mandale, oryginalne aromatyczne kadzidła, ekologiczne nepalskie kawy i herbaty, przepiękną orientalną biżuterię, naprawdę ładne obrazy, rzeźby, figurki…. Uwielbiam ten mój zimowy Thamel i zakupy na nim co jakiś czas. I nie jest to moje odosobnione odczucie. Na Thamelu dziewczyny szaleją… faceci w pewnym sensie też. Mój Sujan w sumie lubi się tu ze mną wybrać, ale już wie, że zaliczymy parę sklepów. Że tu coś przymierzę, tam zobaczę, a już obowiązkowo kupię coś Adasiowi. Czasami idziemy sobie, idziemy, a ja nagle coś zobaczę i zniknę w jakimś sklepie i on mnie biedak szuka, ale zawsze znajdzie. I jest przy tym bardzo cierpliwy, bo to jest taki nasz thamelowy taniec zakupowo-relaksowy. Także Thamel obowiązkowo na liście każdego przyjeżdżającego do Nepalu musi się znaleźć. O i tak.

Pozostałe wpisy